Co to jest sztuka publiczna?
Konferencja
poświęcona sztuce publicznej w Trybunale Koronnym w Lublinie ,
Jacek
Korbus wygłosił prelekcję o współczesnej rzeźbie w mieście
rozpoczynając konferencję.
Jacek
Korbus:
Mówiąc
krótko, jest to sztuka w
przestrzeniach publicznych przy czym najczęściej ma się tu na
myśli miasta. Sam problem istnienia sztuki publicznej jest
oczywiście tak stary jak same miasta, ale trzeba pamiętać, że w wieku
dwudziestym zaszły istotne zmiany zarówno w
rozumieniu sztuki jak i urbanistyki. Dawniej ludzie tworzyli sztukę
i umieszczali ją w przestrzeni publicznej. Uważali, że tworzy ona
pewien dobrostan w sensie psychicznym czy duchowym. Obecnie ta
świadomość jest pogłębiona o teorię percepcji sztuki, jej
logiki, filozofii a także wychowania przez sztukę. Stało się tak
po pierwsze za sprawą artystów o zacięciu teoretycznym i
konceptualnym takich jak Marcel Duchamp. Dzięki nim sztuka jako taka
nabrała zupełnie nowych znaczeń. Po drugie miasta stały się i
dalej się stają w sensie urbanistycznym coraz bardziej agresywne,
czemu z kolei towarzyszy rosnąca świadomość planistów na
temat uczestnictwa mieszkańców w ich życiu.Na skutek
tych przemian to, co dziś rozumiemy przez sztukę publiczną zyskało
odrębne znaczenie i specyfikę. Pierwsze dyskusje na ten temat
pojawiły się w latach 70 dwudziestego wieku w zachodniej Europie,
kiedy zaczęto traktować sztukę publiczną jako rodzaj edukacji
kulturalnej, pedagogiki wartości. Ten jej walor istniał zawsze, ale
obecnie kładzie się nacisk na ten aspekt istnienia sztuki.
Wystarczy tutaj wspomnieć prace Herberta Rcada, który pisał,
iż rzeźba działa wychowawczo poprzez swoją przestrzenność i
ustawienie w kontekście miasta. U nas natomiast o wychowaniu przez
sztukę – w tym ikoniczność miasta - pisała Irena Wojnar,
profesor Maria Gołaszewska czy Mieczysław Porębski. Cechą sztuki
publicznej jest także to, że powstaje w powiązaniu z aktywnością
danej społeczności. Kiedyś wyrażała ona konkretne
zainteresowania wpływowych i majętnych osób ukazywała ich
pozycję, sławiła czyny, chwaliła Boga. Dziś pojawiła się
rzeźba abstrakcyjna, która wyraża refleksje samego twórcy
na temat formy przestrzeni, kondycji człowieka w odniesieniu do
świata, kosmosu, sfery wartości. To skłania ludzi do
demokratyzacji życia i poszanowania odmiennego punktu widzenia,
humanizmu w codzienności ludzkich postaw.
Czy
nie
można opisać sztuki publicznej nieco prostszym językiem? Bądź co
bądź ma ona być dla wszystkich, a nie
tylko dla specjalistów.
Prawdziwa
sztuka zawsze wymaga dążenia ku samodoskonaleniu a więc zakłada
pewną elitarność. Pedagogika sztuki także wymaga pewnego
poznawczego trudu. Jednakże można uwypuklić pewien jej sens
poprzez konfrontację z propagandą czy reklamą. Są to podobne
sytuacje z tą różnicą, że sztuka publiczna działa o wiele
delikatniejszymi środkami i dotyka subtelniejszych i ważniejszych
spraw – sztuka w mieście to wychowanie w duchu wartości,
humanizmu. Reklama jest propagandą konsumpcji. Będziemy bliżej
prawdy o sztuce publicznej, jeżeli spojrzymy na rzeźbę
abstrakcyjną. Ona też się do czegoś odnosi, ale pytanie, do
czego? Można założyć, że jest refleksją nad społecznym i
jednostkowym bytem człowieka albo na przykład odzwierciedleniem
naszej świadomości przestrzennej. Zaczynamy wchodzić w refleksje
artystyczne i teoretyczne. Pytamy o sens tej rzeźby o sens sztuki i
zaczyna się jej wychowawcze działanie. Czym ona w zasadzie jest?
Dlaczego nas frapuje? Dlaczego jakieś wartości w ogóle są w
stanie do nas dotrzeć, poruszyć nasz byt? Najistotniejsze w
pedagogice kultury jest to, że poprzez takie dociekania z kontaktu
ze sztuką ludzie wynoszą coś dla siebie, dla własnego rozwoju
duchowego, intelektualnego, społecznego i psychologicznego.
No cóż,
te wyjaśnienia nie stają się prostsze... Co ludzie mogą wynieść
z
publicznego
widoku jakiejś abstrakcyjnej bryły?
Dla
zrozumienia mechanizmów funkcjonowania sztuki publicznej
ogromne znaczenie ma świadomość roli sztuki w życiu społecznym.
Współczesna kultura nacechowana jest utylitaryzmem i
konsumpcjonizmem a tym tendencjom sztuka się zdecydowanie
przeciwstawia. Dlatego być może łatwiej i uczciwiej będzie
odwrócić pytanie i zastanowić się nie, co społeczność
wyniesie ze sztuki publicznej, ale co może do niej wnieść. Dobrym
punktem odniesienia do tych rozważań może być greckie polis, czyli
miasto-państwo zamieszkałe przez wspólnotę
obywateli. Jest ono symbolem miasta świadomie kształtowanego jako
całość dla pożytku jego mieszkańców. Greckie polis
cechowała niesłychana logika w kształtowaniu układów
przestrzennych i świadome wkomponowywanie sztuki w przestrzeń
publiczną. Wystarczy wspomnieć o Akropolu w Atenach i agorze,
ateńskich świątyniach muz czy pinakotece, miejscach, gdzie można
było doświadczać sztuki i czcić bogów. Każdemu czasowi
jego sztuka.
We
współczesnych miastach również istnieją kompleksy
świątynne, rynki, muzea, więc na czym polega wyjątkowość polis?
Na
tym, że w starożytnej Grecji miejsca te
wynikały z istnienia
spójnej
struktury mającej obywatelski i wychowawczy charakter, świadomej
swojej tożsamości i nie powstającej ot tak sobie. Dla miast współczesnych jest to wciąż trudny do osiągnięcia ideał.
Innym kamieniem milowym w rozwoju sztuki publicznej była
średniowieczna katedra - dzieło totalne, ponieważ nie była ona
samą tylko architekturą a więc układem przestrzennym, ale wręcz
symbolem świata. Operowanie światłem czy umiejscawianie rzeźb na
fasadzie nie było zwykłym aktem dekoratorskim, ale z premedytacją
służyło publicznemu komunikowaniu ówczesnej wizji, świata
i kosmosu. Zawsze w historii istniała pewna świadomość konieczności budowania przemyślanego układu miejskiego, choć
zmieniała się ona pod wypływem religii filozofii, stosunków
społecznych czy rozwoju technicznego. Jerycho dziesięć tysięcy
lat temu powstawało przez spontaniczne nabudowywanie domów,
ale już w starożytnej Grecji miasta zyskały układ szachownicowy,
jaki dziś możemy oglądać w Nowym Jorku. W centrum miasta
średniowiecznego stała katedra i tak dalej przez wieki aż do
Haussmanna, który przez środek starej zabudowy Paryża wytyczył nowe aleje. Jako mieszkańcy Lublina zdajemy sobie sprawę,
że gdzieś on się kończy ma swą autonomię i strukturę swoje
ważniejsze i mniej ważne miejsca, strefy mroczne i jaśniejsze. Ta świadomość sięga polis i to właśnie ona głównie
się liczy, bo przekłada się na moc kształtowania krajobrazu dla
społeczności i dla wyrazu istotnych dla niej wartości. Miasto,
jego przestrzeń i sztuka to wartość i wyraz pokoleniowej refleksji
nad człowiekiem i cywilizacją.
A
więc
sztukę publiczną możemy rozumieć, jako wyraz świadomości
mieszkańców na temat sztuki oraz wspólnoty, jaką tworzą.
Są jednak przestrzenie kształtowane z logiką
niekoniecznie uświadomioną, np. tradycyjna wieś budowana zgodnie z regułami
przesianymi przez doświadczenie pokoleń.
Ta
świadomość może być intuicyjna, ale doświadczenie pokoleń też
ma swoje korzenie. W przypadku wsi mamy do czynienia z tym samym
kołem jej rozwoju, co np. w Nowym Jorku. który też kiedyś
był osadą. Przez dziesięciolecia ludzie kształtowali jego
przestrzeń, jedne elementy uznając za cenne a inne za
nieistotne i w-ten sposób samoistnie tworzyła się struktura,
później ktoś utrwalił te tradycje, wytyczając główne
ulice czy place. Pomijając totalitaryzmy czy dziejowe katastrofy, w
skali wieków przestrzeń ludzkich osiedli powstaje w procesie
bardziej lub mniej kolektywnego decydowania o zachowywaniu tego, co
uważa się za wartościowe.
W ten
sposób przestrzeń staje się odbiciem istniejących W społeczeństwie
hierarchii
wartości.
Które
są wypadkową, kompromisem między doznaniami jednostek. Każdy
człowiek, niezależnie od poziomu rozwoju cywilizacyjnego czy
miejsca pochodzenia czy to będzie wieś, pustynia czy Syberia - ma w
sobie poczucie harmonii i kształtuje przestrzeń wokół
siebie według indywidualnych preferencji jej odbioru.
Chyba
doświadczamy tego, na co dzień, kiedy staramy się po swojemu
organizować nawet najmniejsze fragmenty osobistej przestrzeni,
poczynając od własnej torebki, biurka, a kończąc na urządzeniu
mieszkania czy otoczenia domu. Nawet, jeżeli tylko rysujemy lub
wyobrażamy sobie swój wymarzony dom, to każdy jego element
można interpretować, jako jeden z aspektów naszego stosunku
do rzeczywistości.
I tu
dochodzimy do sedna, bo jeżeli stoi obok siebie kilka domów
to przestrzeń poza ich wnętrzami jest przestrzenią wspólną,
która służy za „arenę” do zawierania i wyrażania
kompromisów dotyczących stosunku do rzeczywistości wielu
osób. W ukształtowaniu tej przestrzeni znajduje wyraz to, co
z jednostek czyni wspólnotę.
Przestrzeń
publiczna odnosi się, więc do wspólnych wartości, które
powinny się w niej uwidaczniać. Jest to jednak ideał możliwy
do
osiągnięcia, kiedy panuje porządek. Co się dzieje, kiedy pojawia
się chaos, kiedy przestrzeń publiczna jest tylko z nazwy publiczna
i tak na prawdę nie wyraża i nie tworzy poczucia
wspólnoty?
Można
to
zaobserwować na przykładzie reklam, które pojawiają się
wszędzie bez jakiegokolwiek nadzoru. Każdy ma prawo postawić sobie
reklamę na swojej działce, ponieważ ją kupił, ale z drugiej
strony przestrzeń wizualna, w którą ta reklama ingeruje, nie
jest tylko jego własnością. Polis jest nie tyle ideałem
miasta ile świadomości na temat rozwoju miasta i istnienia w nim
społeczności ten ideał należy traktować jako kierunek
drogi a niekoniecznie cel możliwy kiedyś w pełni do osiągnięcia.
Mamy XXI wiek i to zobowiązuje do poszukiwań.
Nie
jest
problemem, że wmieście istnieją strefy chaotyczne, bałaganiarskie,
że są miejsca „ciemne”. Tak było zawsze. Istnieją one w
każdym człowieku, więc muszą istnieć i w mieście, które
jest wspólnym organizmem wspólnym „wnętrzem” wielu
jednostek. Problemem zaczyna się wtedy, kiedy jedna grupa zaczyna
dominować w sposób niedemokratyczny. tzn. kiedy doprowadza do
powstania struktur przestrzennych nie na drodze dialogu ze
społecznością ale poprzez politykę faktów dokonanych.
W
przypadku reklam tą grupę reprezentuje wolny rynek, a więc
byt demokratyczny, co oznacza, że
również na drodze
demokratycznej możemy się dać zdominować.
Najważniejsza
jest świadomość, ku czemu zmierzamy - żeby ludzie wiedzieli, że
ktoś ich informuje, słucha i szanuje ich opinie, bo wtedy działa
mechanizm uwspólniania wartości. Odnoszę wrażenie, że w
Polsce tego dialogu nie ma. Wyjątkiem są miasta o ugruntowanej
tradycji takie jak Kraków- czy Wrocław. Lublin, który
według mnie ma wielkie walory przestrzenne jest niestety również
pozbawiony publicznego dialogu. A przecież chodzi o naszą
wspólną
przestrzeń a nie przestrzeń konserwatora zabytków, Rady
Miejskiej, Urzędu Miejskiego, czy też po prostu kogoś, kto w danej
chwili decyduje. Specjaliści i decydenci mają na temat tej
przestrzeni wiele do powiedzenia z racji wykształcenia i doświadczeń
zawodowych to oczywiste, ale jest istotne żeby demokratyzacja życia
społecznego przejawiała się również poprzez wspólne
jej zagospodarowywanie, myślenie, refleksję, aktywność. Chociażby
budowanie pomników. abstrahując od tego czy są one ładne
czy brzydkie powinno odbywać się z pełną publiczną debatą na
ten temat. Najważniejsze jest, aby w procesie wspólnej budowy
tworzyć sytuacje prawdziwie wspólnego, społecznego
współdecydowania ku powszechnemu zrozumieniu z uwzględnieniem
każdej jednostki, każdego człowieka dla owocnego i efektywnego
tworzenia dzieła. Tym dziełem i wartością jest przecież miasto,
wspólna przestrzeń, habitat człowieka – nasz dom.
Jako
coś
w rodzaju ćwiczeń demokracji.
Przy czym
nie chodzi o to żeby oddać władzę ludziom, którzy się na
tym nie znają – nie przygotowanym merytorycznie, lecz aby wyrabiać
w nich poczucie tożsamości i odpowiedzialności za miasto.
Przekonywać, że nie jest ono tylko po to, żeby w nim żyć i
umrzeć, ale że ma ono jakąś wartość i że - przede
wszystkim - ma mieć jakąś wartość.
Do
tego
potrzebna jest gruntowna redefinicja misji władzy. Myślimy o władzy
jako o kimś, kto sprawuje rządy, ma dostęp do
podejmowania
decyzji. Natomiast teraz okazuje się, że ma on pełnić rolę
wychowawczą i to w sensie
wręcz idealistycznym.
Ale
to nie
są mrzonki władza przecież to służba publiczna. To kwestie
moralności i etyki rządzących i rządzonych, poza tym ludzie mają
prawo wiedzieć, co się robi z ich pieniędzmi i co się robi z ich przestrzenią. Jeżeli sprawującym władzę zależy, aby stać na
czele świadomej, mądrej społeczności, to powinni zdobyć się na
wysiłek, aby umieć ten dialog poprowadzić. Ostatnio dowiedziałem
się z jakiejś gazety, że planuje się przebudowę będącej w
posiadaniu miasta działki, na której stoi pomnik ofiar lubelskiego getta. Był podany komunikat, że coś w tym względzie
się dzieje ale niewiele więcej. Zazwyczaj na jednej czy dwóch
notkach kończy się dialog a nie zaczyna. Powstanie projekt. Ktoś
go wykona. Ktoś zdemontuje pomnik i przesunie gdzieś indziej.
Rzeczy dzieją się według sprawdzonego scenariusza mówi się,
że działka zostaje sprzedana, że ten, kto ją nabędzie może
sobie ją zagospodarować zgodnie z jakimiś uwarunkowaniami,
wszystko zgodnie prawem, ale nikt nie myśli, że być może ludzie
chcieliby, żeby powstało tam coś innego niż wymyślił
sobie inwestor. Przestrzeń jest własnością mieszkańców,
obywateli a nie tylko inwestora czy decydenta. Dla władz miasta
partnerem nie są ludzie społeczność dzielnicy czy miasta.
Partnerem jest inwestor, Inwestor kupuje i ma prawo robić, co chce.
Ktoś mógłby spytać, gdzie te jego prawa się kończą?
Odpowiedź jest prosta: tu się kończą, gdzie ten koniec się
wyznaczy. U podstaw takiego myślenia leży dominacja efektu ekonomicznego nad wartością wywiedzioną z poszanowania jednostki,
jej życia, doświadczeń, praw.
Z
tych
przykładów można wywnioskować, że przestrzeń publiczna
jest nie tyle faktem, ile dopiero postulatem - nie fragmentem
przestrzeni o jakichś konkretnych cechach, ale projektem do
realizacji w procesie rzeczywistego
czynienia tej przestrzeni
publiczną, czyli służącą uwspólnianiu wartości.
Przestrzeń
publiczna wyraża bardziej nasze intencje niż fakty, bo np.
każda ulica jest przestrzenią publiczną z definicji, ale wcale
nie musi być tak traktowana. Istnieją przecież plany
zagospodarowania przestrzennego. Są instytucje, osoby, czynniki i
metody badawcze, które tymi problemami się zajmują i ich
dotyczą, ale patrząc dookoła mam czasem wrażenie, że funkcjonują
one może w 20 %. Dzieje się tak, dlatego że plany robi jedna
instytucja dla drugiej i nie stają się one przedmiotem dyskusji
publicznej. To rozmowa między profesjonalistami a wiele
wartościowych idei rodzi się z powszechnego zaangażowania. Nikt na
serio nie uświadamia ludziom, jaki sens i cel się za nimi kryje.
Jeżeli pojawiają się jakieś wysiłki w tym kierunku, to czyni się
je pro forma, żeby formalnościom stało się zadość. Brak
dalekosiężnych planów i wizji, a przecież społeczność
potrafiła wznosić gmachy przez wieki, brak zespalającej idei, brak
dialogu.
Realny,
rzeczywisty kontakt z obywatelami jest utrudnieniem dla władzy, bo
łatwiej jest rządzić kimś, kto się niczym nie interesuje więcej
w - kontakcie z mieszkańcami może się okazać, że oni mają
zupełnie inną wizję miejsca, w którym chcą żyć niż
decydenci czy specjaliści.
Gdyby
istniała przestrzeń obiektywnie wartościowa to każde miasto
wyglądałoby tak samo. Jest odwrotnie: każde miasto stara się
podkreślać swoją specyfikę, ale ona musi się skądś brać. Żeby
było się, czym chwalić przed światem nie wystarczy stworzyć
struktury akceptowalnej w sensie estetycznym, musi być coś, czego
nie ma gdzie indziej. Wyjątkowość wynika z poznania siebie z
wsłuchiwania się w rytmy naturalne, nie na pokaz, z wsłuchiwania
się w duszę miejsca, czasu i ludzi.
Przepisy
Unii Europejskiej dążą do zachowania jakości i wartości lokalnej
ikonosfery i tradycji przestrzennej krajobrazu. Podkreśla się
jednak, że nie powinno się to odbywać na zasadzie narzucenia czegokolwiek, lecz dialogu. Każda społeczność jest inna, ale nie
dowiemy się, jaka ona jest, jeżeli nie wejdziemy z nią w żywy
kontakt.
Ludność
Lublina jest jednak w dużej części napływowa. Mieszkańcy
kulturowo pochodzą z małych miasteczek i wsi, gdzie żyło się w biedzie i
raczej nie należy się po nich spodziewać
jakichś głębszych refleksji na temat przestrzeni miasta.
Dobrze,
ale
czy na przykład miasta amerykańskie zakładali wybitni filozofowie
i twórcy? Nie to byli przecież prości ludzie. Jeżeli zaś
chodzi o kulturową różnorodność Lublina, to jest on w
zasadzie homogeniczny w porównaniu na przykład z Brukselą,
gdzie mieszka wiele różnych nacji z różnych
kontynentów, z krańców różnych kultur,
posługujących się różnymi językami, kultywujących różne
zwyczaje, którzy też często wyemigrowali z biedy.
Mieszkańcy
Lublina mają swoje
upodobania, ale dlaczego mielibyśmy żyć wbrew tym upodobaniom?
Udawanie kogoś innego niż
jesteśmy nie jest dobrym rozwiązaniem.
Dlaczego nie mielibyśmy zaanektować swoich
małomiasteczkowych upodobań na potrzeby rozwoju
miasta? Bez akceptacji tego, kim jesteśmy i bez dialogu nie
rozwiniemy świadomości na temat tego, dokąd zmierzamy. To zadania
i problemy dla profesjonalistów, teoretyków.
Brzmi to
szczególnie dramatycznie w kontekście reklam, które
nie dość, że o nic się nas nie pytają, to wręcz
narzucają nam
obce upodobania wymyślone na potrzeby
lepszej sprzedaży. W
porównaniu z tak subtelnymi problemami,
jak rozwój wrażliwości poprzez sztukę czy wychowanie
do demokracji reklama przypomina
wizualny buldożer, który ma
na celu zgwałcić nas przez oczy.
Tak
właśnie
się dzieje. Trzeba ją absolutnie odróżnić od sztuki,
humanizmu. Sztuka w mieście i reklama działają na tej samej „fali”
- wizualności. Wpływ sztuki jest dyskretny. Ona nic nie narzuca a
jedynie zachęca do dialogu na temat wartości ogólnoludzkich:
miłości, prawdy, dobra, piękna i tego wszystkiego, co się w
dziele sztuki znajduje. Reklama jest czystą propagandą
konsumpcyjnego stylu życia. Jej wpływ - ma być z założenia
agresywny – to po prostu propaganda. To nie jest obojętny plakat,
na który nikt nie zwraca uwagi. Jej bardzo jasno określonym
celem jest kształtowanie ludzkiej świadomości w ogóle,
świadomość życia, bycia. Za reklamą stoi ekonomia kolosalne
nakłady finansowe czyniące z tej propagandy prawdziwy oręż. Po
stronie sztuki publicznej są więc i wartości, które ze sobą
niesie jednak takich nakładów jest nieporównywalnie
mniej.
Mamy,
więc
w mieście do czynienia w ogromną dysproporcją między propaganda
konsumpcji i „propagandą” wartości. Czasem toczą one ze sobą
prawdziwą walkę. Na przykład na ulicy Filaretów stoi
współczesna rzeźba w formie ścian utworzonych z metalowych
kręgów, jakby fragmentów rur. Jest ona zarośnięta
przez krzaki a dodatkowo zasłonięta bilbordem tak jakby ktoś z
premedytacją chciał usunąć ją z widoku. Abstrahując od wartości
artystycznych to przecież świadectwo czasów i dobro kultury
i jako taka powinna być chroniona. Może się ona komuś podobać
lub nie, ale w tak zamaskowanym miejscu nawet rzeźby Michała Anioła
nikt by nie docenił.
A
billboard nikomu nie przeszkadza. Paradoksalne, ale to, co akurat
najbardziej ciśnie nam się w oczy traktujemy, jakby
było
przeźroczyste. Reklamy mają na nas podwójne
działanie: z jednej strony zachęcają do kupowania produktów, a z
drugiej przyzwyczajają do chaosu wizualnego. Logiczną potrzebą
było by wyznaczenie stref „ciszy wizualnej” bez reklam.
Ano
właśnie,
to jest kolejny temat do dialogu z mieszkańcami – a może nie
chcemy wszędzie oglądać reklam? Interesującym przykładem do
naszej dyskusji tylko, nie tylko, jeżeli chodzi o reklamy, ale o
funkcjonowanie sztuki publicznej w ogóle to fontanna na Placu
Wolności w Lublinie. Jej głównym fundatorem jest Miejskie
Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji oraz szereg innych
firm. Bardzo pięknie, że ktoś w ogóle pomyślał o
fontannie w Lublinie, bo bardzo ich brak. W praktyce wygląda
ona jednak na pomnik reklamowy MPWiK- u, natomiast z punktu widzenia
rzeźbiarskiego nie nawiązuje ona przestrzennego dialogu z
otoczeniem. Mam tu na myśli formę i jej sugestywność
przestrzenną. Każdy ma prawo do własnego zdania i opinii, ale są
pewne kryteria i wyznaczniki a poza tym w drodze dialogu i
konkursowych, publicznych rozstrzygnięć powstałby projekt i
realizacja znacznie cenniejsza i lepsza formalnie.
Nawiązuje
do wieży ciśnień, która stała tam od początku
dwudziestego wieku do drugiej wojny światowej będąc
bardzo charakterystycznym elementem krajobrazu miasta.
Jest
to
dialog w sensie historycznym, znaczeniowym. Kulturowym, ale nie w
sensie przestrzennym, architektoniczno rzeźbiarskim. Dialog
przestrzenny wcale nie musi się opierać na dosłowności czy
cytacie z przeszłości, jakim jest wykonana z brązu miniatura
wieży. Odpowiedź na pytanie co mogłoby tam stanąć zamiast niej
lub jak ją wykonać aby była lepsza, sugestywniejsza, prawdziwsza
kryje się w strukturze przestrzennej otoczenia. Myślę, że ktoś,
kto zabrał się za projektowanie tej fontanny powinien zadać sobie
trud, żeby na początku pomyśleć o tym, co tam już jest a nie od
razu o tym, co tam chce wstawić. Proces tworzenia rzeźby
publicznej, jaką jest ta fontanna polega przede wszystkim na tym
żeby niejako zrezygnować z własnych wymagań. Kiedy jednak zamiast
tworzyć sztukę wykonuje się zlecenie inwestora, sytuacja twórcy
jest niezręczna i pełna krępujących wolność twórczą
wymagań. Inwestor wykłada pieniądze i oczekuje czegoś, co nawet
nieświadomie traktuje jako autoreklamę stąd najlepszą formą
dochodzenia do rozstrzygnięć i godnych miasta rozstrzygnięć jest
prawdziwie publiczny a nie środowiskowy konkurs wraz z publiczną,
wieloetapową dyskusją i finałową konkluzją.
Fontanna
jest schludna: oświetlona, strumienie wody zmieniają się. Wszystko
jest tam niby w porządku, ale rzeczywiście można się spotkać z
krytycznymi uwagami na jej temat.
Jest
ona
mało efektowna z punktu widzenia samej formy rzeźbiarskiej.
Szczególnie o element wertykalny przedstawiający wieżę
ciśnień. Po zmniejszeniu można by go sprzedawać w Cepelii jako
pamiątkę. Być może w parku on sprawdziłby się, ale tu gdzie
stoi, na tym dość dużym placu, w sąsiedztwie masywnych kamienic
wygląda bardziej na obiekt rzemieślniczo-historyczny a nie
przestrzenną formę w sensie świadomości kształtowania jej
struktury. Rzeźba to jest zupełnie coś innego szczególnego
strukturalnie. Rzeźba jest refleksją na temat ciężaru, dynamiki,
kierunku, materiału. Rzeźbiarz zastanawia się czy jego dzieło ma
być jedno- czy wieloelementowe, czy ma mieć formę zwartą czy
otwartą itd. Rzeźba może odnosić się do tradycji miejsca ale nie
koniecznie w sposób bezpośredni odtwarzając obiekt a jeśli
już to nie powinno to być z pominięciem rozważania formy.
Wystarczy spojrzeć na fontanny rzymskie, tak ich wiele, takie
dosłowne i realistyczne a jakże perfekcyjne i trafne w formie.
Zupełnie inne są nowoczesne fontanny jak ta w Paryżu koło Centre
Pompidou, w której na tafli wody ustawione są kolorowe
rzeźbiarskie obiekty. Można też wspomnieć realizację Henry
Moore’a, olbrzymie, dynamiczne bryły, lekko dotykające wody jakby
były nad nią zawieszone. Takich przykładów jest mnóstwo.
Nie wszystkie muszą się podobać, ale widać w nich przynajmniej
jakąś refleksję na temat sztuki jako formy.
A
więc przestrzeń publiczna powinno się postrzegać jako wnętrze
krajobrazowe, które ma swoją retorykę, dynamikę, ciężar,
kierunek...
Tak.
Ponieważ właściwie ukształtowana rzeźba publiczna powinna
organizować miejsce a nie być jednym z wielu elementów,
które tam są. Nie wystarczy, że ludzie się przyzwyczają do
jakiegoś nowego obiektu, bo potem, kiedy zauważą, że równie
dobrze mógłby zniknąć zaczynają go bagatelizować. Rzeźba
musi wyrastać z miejsca, struktury ładu przestrzennego. Specyfiką
rzeźby publicznej jest to, że ona jest stworzona dla danego miejsca
i bez niego nie ma sensu. Przekłada się to z drugiej strony na
konieczność dbania o jej otoczenie.
Przykładem
może być znów pomnik ofiar lubelskiego getta autorstwa
profesora Bogumiła Zagajewskiego, który stoi na przeciwko
kościoła Karmelitów, na wspomnianym skwerze, na
którym ma coś powstać. Pomnik jest dobrze zrealizowany, ale
co z tego, jeżeli jego otoczenie jakby „zapada” się. Ulega
stopniowemu zaniedbaniu, jest żle oświetlone, popada w ruinę.
Zwykle
mówimy o sztuce jako o czymś wewnętrznie zamkniętym i
przenośnym. Obraz można
powiesić na innej ścianie, nawet dom
można rozebrać i złożyć w innym miejscu. Sztuka publiczna jest
natomiast tak silnie związana z kontekstem, że w zasadzie stanowi
z
nim jedno. Kiedy ustawiamy na placu dobrze zaprojektowaną rzeźbę,
to cały plac staje się rzeźbą.
Dlatego
krytykuję tę fontannę, bo równie dobrze mogłaby się ona
znaleźć innych miejscach. Nie jest dedykowana do tego placu. Rzeźba
ma podporządkować sobie miejsce, nadać mu ton i charakter,
a więc i ono w rezultacie musi się zmienić. Najlepsze efekty
osiąga się wtedy, gdy myślenie w tym kierunku cechuje odwaga.
Wystarczy popatrzeć na koncepcję Wiktora Tołkina na Majdanku. Mimo
że jego pomnik nie odwołuje się bezpośrednio, dosłownie do
martyrologii, bo jest abstrakcyjny w formie, to robi na odbiorcy
odpowiednie wrażenie, bo oddziałuje skalą, monumentalnością,
śmiałością założenia plastycznego. Widać w nim myślenie o
przestrzeni, a nie myslenie o wykonaniu realizacji, za którą
ktoś zapłaci, więc lepiej żeby była mniejsza, bo na coś godnego
miejsca trzeba by się było wykosztować. Choć nie pochwalam czczej
gigantomanii.
Ciekawym
przykładem śmiałości i niezależności w myśleniu o przestrzeni
jest słynne i wspomniane już Centrum Pompidou i w ogóle to,
co w tym zakresie robi się we Francji. Centre Pompidou było
totalnym zaskoczeniem, bo stworzono tam coś śmiałego przestrzennie
całkowicie zaprzeczającego otoczeniu, podobną ideą jest słynna
piramida ustawiona na dziedzińcu muzeum Louvre. W sąsiedztwie
starych kamienic powstał nie dość, że szklany, to jeszcze
wywrócony podszewką na zewnątrz. Ktoś stwierdził, że nie
wystarczy stworzyć tam czegoś, co się wpasuje w otoczenie, ale że
to ma być nową jakość. Podobnym przykładem jest szklana piramida
w Luwrze. To jest ta śmiałość myślenia wynikająca z silnego
poczucia tożsamości, które pozwala twórcy niejako
postawić się w roli reprezentanta swojej epoki, która ma
prawo odcisnąć piętno nawet w miejscu tak uświęconym jak
dziedziniec Luwru.
Rzeźba
publiczna powinna rozwijać się w przestrzeni prowadzić z nią
dialog, ale w tym celu dialog powinien pojawić się już wcześniej.
W niektórych krajach takich jak Francja ten dialog toczy się
od wielu lat i jest już na bardzo wysokim poziomie zaawansowania,
dlatego możemy tam podziwiać wiele dzieł sztuki publicznej, ale my
nie powinniśmy się zniechęcać tylko również zdobyć na
odwagę podjęcia tego dialogu. Gdyby projekt fontanny na placu
Wolności powstał na drodze konkursu, wspólnego myślenia temat
tego miejsca, zapewne powstałoby dzieło znaczenie
lepsze.
Nawet gdyby miała to być ta sama wieża, to może z innego
materiału, może o innej głębokości okien, może światło
powinno być wewnątrz, a woda przeciekać przez otwór? W
każdym razie na pewno powstałoby coś, co przynajmniej lepiej
reprezentowałoby społeczność.
A
tak pozostaje nam się cieszyć, że w ogóle ktoś coś
zrobił. Czy to nam wystarcza?
A
czy
nie można traktować jej jako efektu działania współczesnego
mecenatu?
Na
pewno.
Należy jednak odróżnić to, co było dawniej od tego, co
jest dziś. Taki mecenat jak dawniej już nie istnieje, bo był on
częścią zupełnie urządzonego świata. Kiedyś władca miał
pieniądze i stawiał, co chciał i gdzie chciał, ale miał on nie
tylko pieniądze i zaplecze w postaci dworu miał też grupy
światłych doradców i twórców, którymi
najczęściej byli najwybitniejsi ludzie swoich czasów. Dziś
miejsce księcia zajęło społeczeństwo obywatelskie, którego
integralną częścią jest publiczny dialog a osoby, które
mają pieniądze, inwestorzy, nie dysponują wiedzą ówczesnych
książąt i nie mają w zasadzie kontaktu z kręgami kształtującymi
duchowość miasta naukowcami, artystami, filozofami. Na zachodzie
jest nieco inaczej, co podkreśla jedynie konieczność stosownego
dialogu.
Czasem
ten dialog się pojawia w mediach, ale w formie sporu albo konfliktu.
Zresztą, trzeba przyznać, że media to lubią.
Taka
atmosfera tworzy się tam, gdzie jest chaos, gdzie nie ma moderatora
grupy nacisku a są naskakujące na siebie osoby.
Najgorsze,
że ktoś, kto dokonuje ingerencji w przestrzeń publiczną narzuca
całej dyskusji agresywny ton. Wtedy trudno o bezstronne
przedstawienie swoich racji. Kontekst jest taki, że albo
jesteś z nami, albo przeciwko nam. Taka sytuacja zaszła,
kiedy u stóp Wzgórza Zamkowego pojawił się pomnik
Zaporczyków, ni stąd ni zowąd, jak kręgi w zbożu,
dokonując czegoś w rodzaju aneksji miejsca, również
miejsca w pamięci zbiorowej reprezentowanej przez przestrzeń
publiczną.
Absolutnie
nie kwestionuję znaczenia pewnych pomników, znaków
upamiętnianych osób. Jeżeli grupa kombatantów chce
postawić pomnik osoby, dla której żywi najwyższy szacunek,
a więc społeczność wychodzi z jakąś inicjatywą wola powinna
być uszanowana. Ale niech to się nie dzieje w formie narzucania
swojej woli reszcie społeczności.
Takie
myślenie może być nawykiem z czasów socjalizmu, ale też
wpisuje się w logikę reklam i kultury masowej, która
również
opiera się na propagandzie, tylko bardziej przewrotnej. Wolny rynek
pozornie promuje wolność i szanuje autonomię każdego
człowieka, ale w rzeczywistości opiera się na tej samej jednostronności
przekazu. Jeżeli ciągle jesteśmy stawiani w
sytuacji słuchaczy to nie należy oczekiwać, że nagle będziemy
dążyć do wzajemnego kontaktu, że zaczniemy się słuchać
nawzajem i damy innym coś powiedzieć. Raczej będziemy myśleć na
zasadzie „zróbmy rzeźbę i poszukajmy jakiegoś inwestora,
dla którego będzie to jednocześnie jakaś reklama”.
Rzeczywiście,
wydaje się, że monopolizowanie przestrzeni wynika z braku szacunku
do dialogu jako takiego. Nieważne, czy ktoś jest katolikiem,
marksistą czy kimś innym, jeśli ma tendencje do narzucania komuś
swojej woli, bo tak jest łatwiej będzie to robił – czy dla
reklamy, czy dla religii. Przykładem jest pomnik marszałka
Piłsudskiego któremu niewątpliwie się on należy ale droga
jaką się on tam pojawił ... Przypomnijmy, że na przykład kopiec
Kościuszki budowało społeczeństwo.
Jak
się
taki dialog prowadzi na Zachodzie? Czy dysponujemy jakimiś wzorcami?
Na
przykład
w Liverpoolu istnieje Liverpool Architecture and Design Trust grupa
firm, inwestorów, fachowców,
współpracująca
z naukowcami, architektami urbanistami, z miastem Liverpool. Jest to
organizacja non-profit zajmująca się tworzeniem projektów w
przestrzeni publicznej, rozwiązywaniem problemów wizualnych,
stawianiem pomników itd. poszanowaniem istniejącej
struktury. Być może czasami wbrew własnym gustom z poświęceniem
części swoich pieniędzy niejako na służbę zastanym wartościom
i walorom przestrzeni. Takie podmioty funkcjonują również w
innych miastach.
Jak
one
kontaktują się z ludźmi?
Wśród
ich członków znajdują się przedstawiciele różnych
środowisk urzędnicy samorządowi, naukowcy, artyści, inwestorzy. Z
założenia, więc organizacja ta stwarza możliwość
nieskrępowanego kontaktu i wymiany myśli. Poza tym organizuje się
konkursy, które jeżeli chodzi o ich publiczny wymiar nie
ograniczają się do komunikatu w prasie. Kreuje się warunki do
dialogu z odbiorcami, organizuje prezentacje projektów z możliwością
ich uzasadnienia ale też krytyki. Czy u nas coś
takiego istnieje czy znane jest Panu jakiekolwiek miejsce gdzie dany
projekt jest publicznie prezentowany, towarzyszy mu wystawa,
konferencja, dyskusja?
Tym
mogłoby się zajmować Biuro Promocji Miasta.
W
każdym
razie gotowe wzorce istnieją.
Wracając
do obaw, co do merytorycznej przydatności dialogu publicznego,
specjaliści podnoszą problem złego, niewyrobionego gustu
społeczeństwa. Ich obawy biorą się z obserwacji tego, jak
ludzie sami kształtują własne otoczenie.
Wydaje
mi
się, że niekoniecznie musi to być kwestia złego gustu, ale
błędnego wyobrażenia o sztuce współczesnej zarówno
u odbiorców jak i twórców. U nas kształcenie
artystyczne polega na tym, że zakłada się, iż sztuka współczesna
w jakiś konkretny sposób jest kontrowersyjna i w takiej
formie ma być narzucana ciemnemu m założenia człowiekowi. Często
jesteśmy świadkami wzbudzania kontrowersji tam gdzie nie ma do tego
podstaw, często wynika to z chęci zaistnienia w mediach. Artyści,
architekci czy urbaniści rzadko kiedy są na tyle sprawni żeby
powiedzieć sobie: „Jeżeli nie chcesz abstrakcji, to nic - ale
przecież o coś ci chodzi. Nie chcesz tendencji zerowej, nie chcesz
Duchampa z pisuarem tylko sztukę figuratywną – dobrze, ja jestem
na tyle sprawny warsztatowo, że skonstruuję coś, co będzie dobrą
zabawą i dialogiem: coś, co zaspokoi moje ambicje i będzie
akceptowalne przez ciebie i nadal będzie to sztuka”. Nie po to
żyjemy w czasach kiedy wydarzył się postmodernizm cechującego się
wielością stylów nawiązań, żeby twórca stawał
bezradny przed wymogami mniej od siebie wyrobionego klienta. Jeżeli
ludzie lubią rzeźbę dawną czy figuratywną to niech ją mają
ale niech ona będzie dobra, niech powstaje z poszanowaniem tych
samych środków wyrazu, co rzeźba współczesna: masy,
ciężaru, właściwego ukształtowania itd. Czy mówimy o
architekturze czy o rzeźbie - zadośćuczynienie ich gustom nie
oznacza że ma powstać coś lichego, miernego czy wtórnego.
Jednak
możemy chyba usprawiedliwić kogoś, kto nie chce wchodzić w dialog z
mieszkańcem pseudopałacyku z obawy, że może on zechcieć w
tym samym stylu kształtować również przestrzeń publiczną?
Ale
czy ktoś
ma gorszy gust tylko, dlatego, że chce mieć dom z wieżyczką? Sam
jako rzeźbiarz wypowiadam się przez formy nieprzedstawiające, ale
wcale się nie obrażam, jeśli ktoś chce, żebym stworzył rzeźbę
figuratywną. Przecież tę samą nieszczęsną wieżę czy fontannę
z tą samą rzeźbą można rozwiązać na sto sposobów jeden
sprawny twórca może zaproponować kilkanaście czy
kilkadziesiąt rozwiązań niektóre z nich na pewno będą
poprawne formalnie, harmonijne, śmiałe i po prostu wartościowe.
Czy
jednak odbiorcy są w stanie zaakceptować
sztukę trudniejszą‚
jak wspomniane metalowe kręgi na Filaretów?
Każda
sztuka ma swoich odbiorców inaczej by jej nie było. Ale czy
kogoś taka sztuka jeszcze bulwersuje czy dziwi? Sztuka wizualna
przez plastykę i sugestywność reklamy tak się rozwinęła, że
możemy już od odbiorców czegoś wymagać. Zresztą ludzie
wyjeżdżają za granicę i tam nie takie rzeczy oglądają.
Bolesław
Stelmach narzeka, że sztuka, którą wykorzystuje w swojej architekturze
jest hermetyczna, że ludzie mają problemy z
akceptacją tego, co proponuje.
Jacy
ludzie?
Podejmujący
decyzje.
Ano
właśnie, wracamy do problemu niewłaściwych relacji między człowiekiem
wykształconym w zakresie sztuki a decydentem, który podług
własnych gustów mówi co ludzie lubią a czego nie oraz
społecznością, której nikt się nie pyta, co jej się
podoba. Kwestia wykreowania tych relacji to są normalne zabiegi z
zakresu działań Public Relations z własna od dawna wypróbowaną
metodologią.
Paradoksalnie
ci ludzie, których nazywamy decydentami nie mają monopolu na
decyzje. Ich zadaniem jest właściwe pokierowanie procesami
zagospodarowywania przestrzeni z udziałem społeczności. W zasadzie
problem jest w relacjach międzyludzkich i wzajemnym poszanowaniu, to
kwestia nie tylko wykształcenia, ale i wychowania.
Być
może
pierwszy rok czy nawet trzeci rok stosowania takich procedur nie
przyniósłby rezultatów, ale następne lata na pewno
pogłębiłyby świadomość na temat miejsca, kultury, tradycji.
Wszędzie gdzie przeprowadza się takie działania przynoszą one
efekty wręcz terapeutyczne. Ludzie żyją lepiej, zaczynają się
komunikować są hardziej zadowoleni, mają poczucie, że żyją u
siebie i przez to stają się współuczestnikami, nie czują
się wyrzutkami we własnym mieście, jak to się często zdarza.
Problemy, o których mówimy to także kwestie z zakresu
służebności władzy i idei podejmowania decyzji. U nas najczęściej
władza podejmuje decyzje we własnym imieniu niejako dla siebie
samej a przecież władza to służba publiczna.
W
jednej z
lubelskich gazet pojawiła się idea zbudowania tunelu. Dlaczego
szczytu metropolitalności Lublina upatruje się w tym, że na jedną
z dzielnic będzie się jeździć tunelem? W Brukseli na przykład
niedaleko centrum odkryto średniowieczne wykopaliska i miejsce to
przeszklono. Teraz jest dostępne przez cały rok. Na zabytkowym
placu miejskim układa się oszałamiające kobierce z pąków
kwiatów. Zabytki, tradycje, kultura, piekno są tam i tunele i
obwodnice.
Może
na przykład takie działania w przestrzeni publicznej są
istotniejsze dla tego miasta niż spektakularne i kosztowne
przedsięwzięcia? Dlaczego ludzie z zewnątrz mają do Lublina przyjeżdżać
- dla tunelu?
Dla
obwodnicy? Sam jeżdżę samochodem i wiem, że to ważne, ale można
sobie wyobrazić, że istnieją sprawy istotniejsze. Ludzie nie
podróżują do Paryża, bo tam się wygodnie jeździ
samochodem. Czasem wręcz przeciwnie, ale nikomu to nie przeszkadza.
Bo miasto to nie tylko szereg samochodów, które nie,
dlatego ludzie będą chcieli tu mieszkać. Miasto to przestrzeń
wartości, manifestacja tego, co w nas najlepsze, uważajmy, więc co
prezentujemy, bo z głębokości serca swego mówi człowiek.
Jacek Korbus
|